Afgańczycy - naród uchodźców

Uchodźcy z Afganistanu w mieście Bam, Iran, fot. Jakub Gajda
Uchodźcy z Afganistanu w mieście Bam, Iran, fot. Jakub Gajda archiwum JG
Mirwais nie zna swojej daty urodzenia. Nigdy nie miał nawet dokumentów. Twierdzi, że ma siedemnaście lat. Wygląda na trzydzieści. Drobny, lekko łysiejący mężczyzna, obdarzony nieufnym spojrzeniem wilka, rozmasowuje nadgarstki, gdy strażnicy zdejmują mu kajdanki.

- Miałem dziewięć lat, gdy ojciec dał mi dwieście dolarów. Rodzice powiedzieli, że nie mam czego szukać w Afganistanie, bo przed tym krajem nie ma żadnej przyszłości. Kazali mi jechać do Iranu. Droga do granicy była długa, trochę szedłem pieszo, czasami kierowcy podwozili mnie ciężarówkami. Żeby przejść przez granicę musiałem oddać przemytnikom wszystkie pieniądze, które dostałem w domu. Przez kilka lat pracowałem w afgańskiej restauracji w Szirazie, podawałem herbatę i pomagałem w kuchni. Wreszcie uzbierałem tyle, by móc jechać dalej. Dotarłem do Teheranu, gdzie dogadałem się z ludźmi, którzy przez Turcję przerzucili mnie do Grecji. Tam w afgańskim obozie dostałem fałszywy paszport i bilet na samolot do Paryża. Mam rodzinę gdzieś w Szwecji albo Norwegii i tam chciałem się dostać. W Niemczech pomyliłem pociągi, zamiast do Danii, trafiłem tutaj.
Było, jest i bedzie ich wielu. Przybywają do europejskiego „raju” najczęściej jako pasażerowie na gapę w samochodach ciężarowych, chłodniach, schowani za skrzynkami z owocami i warzywami. Znalezieni przez kierowców, czy zatrzymani przez straż graniczną, często uśmiechają się tylko naiwnie, bo cieszą sie, że osiągnęli swój cel – uciekli z Afganistanu i trafili do Europy. W pierwszych rozmowach z tłumaczami i strażą graniczną wciąż łudzą się, że teraz już wszystko będzie dobrze. Przecież wystarczy tu dotrzeć, a reszta sama się ułoży.
Większość to młodzi mężczyźni. Całkiem chętni do pracy i działania, ale nie potrafią nawet czytać i pisać, nie znają żadnego języka prócz swych ojczystych paszto lub dari. W ojczyźnie nigdy nie chodzili do żadnej szkoły, bo tam gdzie mieszkali nie było szkół. Nie mają żadnego wyuczonego zawodu, więc nie potrafiliby wykonywać praktycznie żadnej pracy. Mimo to głęboko wierzą, że w Europie znajdą pomoc, akceptację i zaczną zarabiać godne pieniądze, by wreszcie wyrwać z koszmaru swoje rodziny i dać im nowy dom.

Uciekać chcą prawie wszyscy…

Wahid był przez kilka lat tłumaczem. Pracował dla sił ISAF – dla Amerykanów i Polaków. Sprawdził się jako lojalny współpracownik i dobry specjalista. Ma pisemne podziękowania i rekomendacje od polskich i amerykańskich dowódców. Są dla niego bardzo cenne. Kilka lat temu skończył studium języka angielskiego na Uniwersytecie Kabulskim, wcześniej uczył się angielskiego w pakistańskim Peszawarze. Obecnie pracuje w firmie spedycyjnej w Afganistanie, działa w fundacji pomagającej kobietom i dorabia jako lektor w prywatnej szkole języka angielskiego. Zarabia w przeliczeniu ponad 3 tys. dolarów miesięcznie. Na brak finansów nie może więc narzekać, choć ma ośmioro dzieci i wydatki są duże. Chciałby jednak całą rodzinę przenieść do Europy, najlepiej do Polski, bo dobrze wspomina kontakty z naszymi żołnierzami. Pisze w tym celu co kilka tygodni maile do wszystkich swoich polskich znajomych, by pomogli mu w załatwieniu wizy i pracy, najlepiej na uniwersytecie. Wahid szczerze kocha swą ojczyznę i bardzo chciałby być lektorem języka paszto i móc prowadzić wykłady o kulturze Afganistanu dla Polaków. Argumenty, że jeśli nawet udałoby się znaleźć tu dla niego zajęcie, to z uczelnianej pensji nie będzie w stanie utrzymać licznej rodziny, brzmią niedorzecznie. Przecież z pensji w Kabulu na życie mu starcza, dlaczego miałby nie poradzić sobie w Warszawie czy Krakowie? Wahid dochodzi do wniosku, że znajomi po prostu nie chcą mu pomóc.
Fałszywa wizja polskiego raju to tylko jedna z motywacji do wyjazdu. Druga jest zdecydowanie bardziej rzeczowa. W Afganistanie przyszłość jest niepewna, a Wahid już nie jeden raz otrzymywał listy z pogróżkami od talibów. Dzwonili na jego numer telefonu, wciskali listy w drzwi domu jego rodziców pod Kabulem. Autorzy pogróżek regularnie uświadamiają mu, że za współpracę z okupantem wkrótce przyjdzie mu słono zapłacić.

Marazm w ojczyźnie

Czternastoletni Baz Mohammad miał pilnować domu pod nieobecność ojca, który zmuszony był towarzyszyć jego siostrze podczas pobytu w polskim szpitalu. Chłopak przyjechał specjalnie z Pakistanu, gdzie od ponad roku pracował u dalszych krewnych w piekarni w Lahore. Od operacji w Polsce zależało zdrowie jego siostry. Baz Mohammad wiedział, że jego stary ojciec to dobry człowiek, więc zdecydował się jechać w nieznane, by ratować zdrowie jednego ze swych dzieci. Dom w prowincji Ghazni nie mógł zostać w tym czasie bez mężczyzny – pasztuńskie społeczeństwo południa Afganistanu wyznaje patriarchalne zasady. Ktoś musiał gospodarować pieniędzmi i pilnować matki, trzech sióstr oraz rocznego brata. Czternaście lat to wiek, który w Afganistanie zobowiązuje. Baz Mohammad musiał czekać na powrót ojca przez ponad cztery miesiące. Niestety nie był cierpliwy, a czas ten bardzo mu się dłużył, bo nie było niczego do roboty. W okolicy, poza walkami wojska i policji z talibami, nic się nie działo. Starsi z wioski chcieli wysłać go do szkoły – zapewne to ojciec poprosił ich przed wyjazdem. Baz nie chce jednak się już uczyć, bo obowiązkiem mężczyzny jest pracować i zarabiać. Poza tym droga do miasta bywa niebezpieczna, a on nie chciał i nie mógł ryzykować codziennie tylko po to, by nauczyć się alfabetu. Szukał dorywczej pracy, ale w okolicy żadnej pracy nie było. W wiosce nie było też rówieśników Baza Mohammada, wszyscy już dawno wyjechali do Pakistanu. Pozostali niemal wyłącznie starcy, kobiety i maleńkie dzieci. Tymczasem chłopak martwił się, bo kończyły się pieniądze. Dzwonił więc do ojca i błagał by ten wrócił, bo z każdym dniem pogrążał się w wizji kończących się środków do życia, słuchał lamentu matki i denerwowało go młodsze rodzeństwo. Wreszcie ojciec wrócił. Następnego dnia Baz Mohammad spakował garstkę swoich rzeczy i ruszył do Pakistanu, nawet nie chciał tracić czasu na dłuższą rozmowę. Przyjedzie w odwiedziny może za dwa lub trzy lata. Jak Bóg pozwoli.
Spotykałem ich rodziny w różnych miejscach. W Polsce, Iranie i Afganistanie, często w nieprzyjemnych okolicznościach. Bez względu na to, kim byli, niemal wszyscy deklarowali miłość do swej ojczyzny, przy jednoczesnym pragnieniu jak najszybszego znalezienia się od niej jak najdalej. Po zakończeniu afgańskiej misji ISAF Sojuszu Północnoatlantyckiego i wycofaniu większości wojsk, coraz większa liczba Afgańczyków drży o przyszłość. Jeśli najbliższe miesiące przyniosą eskalację walk, kolejne fale afgańskich uchodźców mogą zalać Iran i Pakistan, a także Europę.

Największy „producent” uchodźców

Problem uchodźców na świecie zdecydowanie narasta w ostatnich latach. W roku 2014, pierwszy raz od czasów II wojny światowej, liczba uchodźców przekroczyła 50 milionów. To wszystko za sprawą wydarzeń w Syrii oraz Iraku. Mimo wszystko, to Afganistan wciąż pozostaje największym „producentem” uchodźców na świecie.
Według raportu Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) największe skupiska afgańskich uchodźców znajdują się w Pakistanie oraz Iranie, mieszka w nich ok. 3,5 mln zarejestrowanych uciekinierów z Afganistanu, nielegalnych uchodźców jest jednak co najmniej półtora miliona więcej. UNHCR szacuje, że liczba uchodźców afgańskich w Pakistanie oraz Iranie może wzrosnąć w 2015 roku nawet o kolejnych 200 tys. osób.
Bardzo niepokoi to, że w ostatnich miesiącach coraz większa liczba afgańskich uchodźców bierze aktywny udział w działaniach zbrojnych na terenie Syrii i Iraku, zajętych przez samozwańczy „Kalifat” Państwa Islamskiego (IS). Co jest przerażające, Afgańczycy walczą po obu stronach barykady. Szyiccy uchodźcy z afgańskiego Hazaradżatu są rekrutowani w Syrii, by stanąć u boku Baszara Assada przeciwko Państwu Islamskiemu. Sunnici zaś, przybywający przez Pakistan, przystępują do szeregów tegoż Państwa Islamskiego. W ten sposób społeczeństwo afgańskie na uchodźctwie wewnętrznie radykalizuje się i coraz głębiej popada w konflikt sunnicko-szyicki, który eskaluje dotykając coraz więcej społeczeństw muzułmańskich. Afgańscy uciekinierzy, karmieni ideologią wojującego islamu, przyjmują również postawy antyzachodnie. Masakra w redakcji Charlie Hebdo, w kontekście której znów zrobiło się głośno o karykaturach proroka Mahometa pogłębia te postawy. Obraza świętości jest dla wierzącego muzułmanina bardziej wymowna, niż śmierć kilku ateistów z Zachodu. W Europie nie ma już tabu i sacrum, lecz droga do Europy wciąż pozostaje dla imigrantów taka sama.
Trwa ładowanie komentarzy...